Jazzowo w pracy dzisiaj było za sprawą G., który uraczył wywiadówkę miłym dla ucha smooth jazzem. Ale nie o tą nutę dzisiaj chodzi. Raczej korzeń, z którego wyrosło całe pokolenie buntowników. Ja się chyba nigdy nie buntowałam, bo miałam zacne lata młodzieńcze, ale za to pazur i za nim kryjący się ów bunt, przyciągnął mnie do siebie gdzieś w okolicach 15 roku życia. Jestem dumna z siebie, że nie połknęła mnie komercha i diskowywijki w klubach. Nie dla mnie to.
Chciałabym Wam pokazać klasyczny przykład na to, że muzyka się nie starzeje i nie traci daty ważności. Led Zeppelin. Słyszeliście? Fajnie. Myślicie, że znacie? Nie. Nikt chyba tego nie może powiedzieć, oprócz prawdziwych miłośników sterowcowych kawałków.
Ileż w tym ekspresji... Wirtuozeria! I nie mam na myśli szablonowego Stairways to Heaven. To znamy wszyscy.
Kawałek, jaki mi ostatnio T. zapodał podczas niedzielnej sjesty to Since I've Been Lovin' You. Cholernie doskonały. Forma i treść. Żaden przerost. I chciałoby się powiedzieć, że nikt tak przejmująco nie pisze już o miłości.
Jest w tym jakiś erotyzm, to co robi się z gitarą w tym numerze przywołuje na myśl pyszny, radosny, ale też słodko-kwaśny seks.
Jest w tym doza goryczy, zazdrości, spoufalania się...
Czysta miłość. Taka jaką każdy by chciał przeżyć.
I gwałt... Jaki każdy od czasu do czasu przeżywa w łóżku.
Jakiś taki nastrój dzisiaj. Przyjemności!
P.S. Dedykacja dla T., za to, że inspiruje :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz