niedziela, 24 czerwca 2012

Desire.

Pokazał mi ten utwór pan G. Pokazał go, kiedy chyba piliśmy wino. Kiedy jeszcze można było rozmawiać i była nić porozumienia. Chociaż Ryana znałam wcześniej. A jednak. Zaskoczenie było. 
Idealne na niedzielną noc. Podczas gorączkowej próby związania końców krótkich sznurówek rzeczywistości. Cudownie mnie kołysze. 
Ryan umie to, co niewielu wokalistów - wprowadzać obraz do podświadomości. Jest amerykański, smaczny, pachnący i obiecujący. 
Wspominam przy nim tych, których nie ma ze mną. Każdy w swoim osobnym, bez żadnego łączącego mostu, świecie. Byliście pięknymi momentami w moim życiu. Byliście wiosnami, latami, jesieniami i zimami. A jednak nadal o Was myślę, nadal wysyłam Wam pozytywne uśmiechy. Chociaż ich nie widzicie. Chociaż pewnie już nie pamiętacie.
Kochałam Was. Myślę, że nadal kocham. 
Póki co, słucham...
Desire... desire...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz